Nie samochodem, a autobusem – bez stresu i na pełnym luzie. Tak w końcu ma wyglądać urlop – czy to krótki weekend w górach czy tydzień leżenia na plaży w Mielnie. Dlatego na „małe narty” do Zieleńca z noclegiem w Dusznikach wybraliśmy się tym razem zielonym autobusem. Zieleniec SKI Arena czeka!

Skibusy Duszniki-Zdrój – Zieleniec rzadziej

Wyjechaliśmy z dworca punktualnie (a różnie z tym bywa…). Jako pasażerowie obserwowaliśmy w drodze walkę kierowcy z ulewą i rwącym wiatrem. Lewa wycieraczka „uciekała” mu za szybę, a we wnętrzu nowoczesnego mercedesa czasem było słychać złowrogi świst wiatru. Mogliśmy tylko wyobrażać sobie, jak pięknie byłoby za oknami przy ujemnej temperaturze, gdyby deszcz był śniegiem.

Duszniki-Zdrój przywitały nas już ośnieżonymi chodnikami. Cieszyliśmy się, że warto było odpuścić auto na rzecz zielonego autobusu. Jutro rano niemal pod sam stok mieliśmy dostać się skibusem. – Z tym pokwitowaniem można jeździć bezpłatnie, tu rozkład jazdy, tam przystanek. Tylko w tym roku rzadziej jeżdżą – powiedziała nam gospodyni, u której zatrzymaliśmy się w Dusznikach. I trochę nam miny zrzedły, bo i tak narciarskie autobusy nie jeździły zbyt często.

Bo szyba zamarzła

No trudno. Wybraliśmy się na pierwszy poranny kurs. Mroźny poranek na przystanku początkowym był pobudzający, ale narciarskiego busa jednak nie było… Daliśmy mu szansę „bo drogi zaśnieżone”. Po kilkunastu minutach spóźnienia na przystanek wtoczył się oprószony śniegiem i z lekko zmrożonymi szybami autobus PKS Kłodzko. Za kierownicą dymiącego na czarno pojazdu siedział doświadczony szofer, który bez wahania wyjaśnił wszystkim pasażerom powody spóźnienia. – Szyba zamarzła, gorącą wodą musiałem polewać – wyjaśnił i przeprosił z pomocą mikrofonu, którego nie wyłączał już ani na chwilę podczas tej podróży. Wybaczyliśmy!

Liczący sobie na oko kilkanaście lat autobus słuchał się kierowcy jadąc po stromych podjazdach oraz ostrych zakrętach okolic kompleksu Zieleniec. Kierowca wydawał mu wyraźne polecenia, a autobusik jechał jak mu nakazano. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał, że w takim tradycyjnym autobusie ciężko trzymać narty czy deskę albo wejść do środka po schodach w butach narciarskich.

Mikrofon, z którego korzystał szofer był odłożony, ale nie wyłączony, więc zbierał wszystkie dźwięki z kabiny kierowcy. Słyszeliśmy jego komentarze przez głośniki. Tych jednak na pierwszym kursie nie było jeszcze za wiele.

Zieleniec, czyli powdychajmy spaliny

Najpierw wysiadły nogi, potem ręce i tak z ambitnych planów szusowania do końca dnia pozostał tylko plan powrotu do Dusznik (czy – jak niektórzy mówili – Duszników). Na autobus powrotny poszliśmy z nastawieniem, że rozkład jazdy jest abstrakcją w tak zakorkowanym Zieleńcu. Logika podpowiadała, że prędzej czy później na przystanku pojawi się coś. Tym bardziej, że stali tam ludzie, a z ich relacji wynikało, że nie pojawił się jeszcze autobus, który miał być godzinę temu. Cierpliwie czekaliśmy. Powiedzmy, że na przystanku, choć trudno tak nazwać słup z rozkładem jazdy wbity między auta. Po drugiej stronie ulicy było łatwiej, bo przystanek był zadaszony. Ale co z tego, jak i tam kierowcy zrobili sobie parking w miejscu, gdzie powinny zatrzymywać się autobusy. 

Główna droga między stokami, czyli przez Zieleniec była biała i wyślizgana, a sznur aut stojących w korku uniemożliwiał odśnieżanie. Ot i stały auta nowe i te nieco starsze. Te z napędem na cztery koła i nie. Te z łańcuchami na kołach i te bez.

Gdzie ten skibus?

I tak sobie wyglądamy tego skibusa wdychając spaliny stojących w korku aut. Grupka oczekujących zmniejsza się, ponieważ komuś się udało zabrać autem, ktoś stracił cierpliwość i poszedł do knajpy. Zagadani policjanci podpowiadają, że można taksówkę zamówić jakieś pięć dych, może są w wypożyczalniach jakieś numery. Wiadomo, bezsprzecznie lepiej w ciepłym aucie stać w korku i wydalać spaliny, niż te spaliny wdychać stojąc na zimnym przystanku.

Kiedy po godzinie oczekiwania w oddali zobaczyliśmy biały dach autobusu, wtedy serca zabiły szybciej. Po jakimś kwadransie turlania się w korku ten sam kierowca otworzył nam drzwi swojego autobusu. Już nawet nie tłumaczył spóźnienia, mówił, że robi co może i cały czas jest w trasie.

Pół godziny w korku przy samych parkingach nie zrobiło już na nas wrażenia. Było ciepło i sucho. Kilkanaście osób w jednym autobusie bawiło się przednio, a z nami kierowca, który raz po raz rzucał ciekawymi bon motami, dlatego komentarze co do umiejętności kierowców pojawiały się regularnie. Jak to niegdyś na starych „ogórkach” bywało – też już się dowiedzieliśmy.  

Pasażerowie pchali autobus

Autobus stanął. Żarty, że trzeba pchać, przestały być żartami. Musieliśmy coś zrobić, gdyż na pomoc z zewnątrz nie ma co liczyć. Kilku chłopa zapięło kurtki i ruszyło do akcji pchania autobusu. Było tak ślisko, że na lodzie kilku pchających sprawdziło stan twardości asfaltu. Ostatecznie w smugach czarnego dymu i przy świście buksujących kół udało nam się go jednak wepchnąć pod górę. Byliśmy bohaterami.

Na kolejnych przystankach do autobusu wsiadł już tłum, w tym grupka żartownisi pod wpływem. Zapraszanie pań na kolanka i żałosne żarty… A rzeczywiście kawałek miejsca był na wagę złota, ściśnięci jak sardynki narciarze ze sprzętami sami nie dowierzali, że tylu nas może zmieścić się w pekaesie w roli skibusa. Pana kierowcy humor jednak nie opuszczał i co jakiś czas wyjaśniał wszystkim przyczyny korków i spóźnień. – Paczcie, ten to na letnich jedzie! – rzucał.

Jazda przepełnionym skibusem z Zieleńca

Animatorką wyjazdu była jednak pani, która regularnie powtarzała, że musi do toalety. A że minęło już półtorej godziny, to sytuacja nie zmieniła się na lepsze. Nagle szofer zjechał na lewą stronę do zatoki pośrodku lasu, a kobieta niesiona lawiną spojrzeń pognała w zaspę za potrzebą. Kiedy wróciła opowiedziała nam jak jej ulżyło. Najbardziej podobało się to jednak żartownisiom, którzy mieli też dla niej inne propozycje.

Zieleniec SKI Arena. Skibus kuleje

Dojechaliśmy. Mimo szczerej sympatii dla kierowcy, organizacja komunikacji publicznej dla narciarzy woła o pomstę do nieba. Wydaje się oczywiste, że w takich miejscach to podstawa. Przepełnione parkingi nie są z gumy, bardzo długie korki nikomu nie sprawiają przyjemności. Autobus nie potrzebuje parkingu, a  ile osób przewiezie!

Jasne, w szczycie sezonu w górach trudno o trzymanie się rozkładu jazdy, ale przy odpowiedniej liczbie busów udałoby się wypracować pewność, że podwózka będzie wkrótce bez spoglądania w rozkład. Idealne byłyby kursy co 15 minut, ale wystarczy nam takie pół godziny. Ale do tego trzeba więcej kursów. W dzisiejszych czasach można chociażby umieścić nadajnik GPS w busie – i udostępniać dane o położeniu pojazdu na trasie. Wtedy narciarz wiedziałby, czy ma się pospieszyć, czy może warto wypić kawę w ciepłej knajpie, bo najbliższy bus będzie dopiero za 20 minut. Da się – ten szczyt techniki opanowały już polskie miasta czy Flixbus.

Warto pomyśleć o ograniczeniu ruchu w samym Zieleńcu w szczycie sezonu na rzecz komunikacji publicznej. Można pomyśleć o ruchu jednokierunkowym, zamknięciu przy przepełnionych parkingach, opłacie za wjazd albo o całkowitym zakazie ruchu aut osobowych. W zamian dać idealną komunikację publiczną. I fajnego kierowcę.


1 Komentarz

Dzieci w samolocie w podróży. Tego nie róbcie - Ciepłe lody · 12 stycznia, 2020 o 1:48 pm

[…] dzięki mojej uprzejmości dwie pary usiadły obok siebie. “Moja para” siedziała osobno, ale jesteśmy w stanie przeżyć te trzy godziny rozłąki. Tak, można nam za to wybić medal. Ale jak tu […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *